Podziel się tym wpisem
Share on facebook
Share on twitter
Share on whatsapp
Share on email
Share on print

Byle nie do Warszawy

Moja oprawiona praca dyplomowa stoi na półce przy łóżku. Przypomina mi, jak wiele małych i wielkich cudów uczynił Bóg, żebym mogła znaleźć się w miejscu, w którym jestem teraz.

Studia zaczęłam w Toruniu. Jednak po pierwszym semestrze czułam a byłam wręcz przekonana, że powinnam przenieść się do Warszawy. Bynajmniej nie dlatego, że miałam na to ochotę. Płakałam po nocach byleby do tego tylko nie doszło. Jednak wiedziałam, ze jest to miejsce, w którym widzi mnie Bóg.

Chciałam przenieść się z prywatnej szkoły na Uniwersytet Warszawski, na ten sam kierunek studiów. Już w przypadku przenosin z jednej państwowej uczelni na druga jest wiele problemów i wyzwań. A co dopiero przy przejściu z uczelni prywatnej. Dlatego miałam wiele wątpliwości. Nie chciałam się wyprowadzić z domu, musieć troszczyć się o pieniądze, być z dala od rodziny. Jednak nie mogłam zignorować też głosu Boga. Stwierdziłam więc, że mogę się spotkać z panią dziekan w celu omówienia warunków przeniesienia.

Jako, że sama z siebie nie rwałam się do tego spotkania, pojechałam tam z mamą. A raczej to mama pojechała ze mną – musiała mnie tam prawie zaciągnąć.

Tak, też się z tego teraz śmieję. Jak możecie się domyśleć, nie zrobiłam wielkiego wrażenia na pani dziekan. Cicha i niepewna swego dziewczyna, w dodatku ze zbyt niską średnią, która przyjechała z „mamusią”.

Dostałam informacje, że o przeniesienie mogę starać się dopiero za pół roku. Miałam nadzieję, że przez ten czas Bóg doceni moje dobre chęci wykonania Jego woli i jednak zmieni swoje zdanie. Myliłam się.



Przez te pół roku dojrzałam na tyle, żeby zacząć dostrzegać sens mojej przeprowadzki. Byłabym blisko mojej wspólnoty, usamodzielniłabym się i zwyczajnie poduczyła życia. Ciężko pracowałam, by mieć wyższą średnią, dopełniłam wszystkich formalności w obydwu uczelniach i niemal byłam już gotowa do wyjazdu – a nawet się na niego cieszyłam. Pozostało mi jedynie czekać na potwierdzenie z UW.

Pamiętam tę niepozorną kopertę, której zawartość przyprawiła mnie o łzy. Dostałam odmowę. Stałam na środku pokoju i nie mogłam w to uwierzyć… Boże, to miało być zupełnie inaczej! Czyli to jednak nie jest Twoja wola? Niestety dość szybko pogodziłam się z tym, że widocznie musiałam się pomylić i Bóg nie chce mnie jednak w Warszawie.

Dziś wiem, że kiedy na drodze do celu natrafiasz na przeciwności, tym bardziej może to oznaczać, że jesteś na właściwej drodze. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, by po każdym zwycięstwie mocniej naciągnąć hełm. Co to oznacza w praktyce?

Kiedy tylko bliska mi osoba dowiedziała się, że nie dostałam się na UW i pogodziłam się z tym faktem, była w szoku. Wiele można by o niej powiedzieć, ale na pewno nie to, że godziła się z porażką. Wiedziałam, że muszę odnaleźć w sobie ducha i wolę walki, że tylko Bóg może mi pomóc.

Wierzcie lub nie, ale proces zmiany uczelni może być naprawdę skomplikowany. Mnie, młodą dziewczynę, momentami już to przerastało. Moje możliwości były tak ograniczone… Jednak siłą woli zdecydowałam się, że ze względu na Boga nie poddam się.

Był ostatni tydzień września, za kilka dni miał zacząć się rok akademicki a ja wsiadłam o 5 nad ranem w autobus do stolicy. Minęło pół roku od ostatniego spotkania z panią dziekan. Jednak poznała mnie od razu. Widziałam jej zaskoczenie, kiedy weszłam jako pewna siebie i śmiała dziewczyna. Przekonywałam ją, że zbyt duża liczba różnic programowych, nie będzie problemem, że tylko ona może zrobić dla mnie wyjątek.

W całej tej niewiadomej, oczekiwaniu na ponowną odpowiedź, moja wiara naprawdę wzrosła. W ciągu tego czasu modliłam się żarliwie, nabrałam męstwa, walczyłam Słowem Bożym. I w końcu, po kilku dniach oczekiwania, dostałam odpowiedź – pani dziekan wyraziła zgodę! Wtedy nie wiedziałam jeszcze, jak dużo nauczę się w trakcie tych studiów – jak dużo Bóg będzie nade mną pracować i że nie mogłoby mieć to miejsca, gdybym została w Toruniu.

Photo by madeleine ragsdale on Unsplash