Podziel się tym wpisem
Share on facebook
Share on twitter
Share on whatsapp
Share on email
Share on print

Refleksje Ojca

Z moją Ukochaną Mariolą pobraliśmy się 6 lutego 1982 r. Było dla nas oczywiste, że chcemy mieć dzieci. To było naturalne pragnienie realizacji naszej małżeńskiej miłości, urodzić wspólne dzieci jako jej owoce.

Przed wszystkim nasze rodzicielstwo wynikało z miłości: z miłości zapraszaliśmy nasze dzieci na świat, z miłością traktowaliśmy je w czasie ciąży i z miłością po urodzeniu.

Objawiało się to w radości, że to dziecko jest – cieszyliśmy się jego obecnością. Byliśmy gotowi na wysiłek i poświęcenie w trosce o dzieci: naszego czasu, sił i środków.

Ale niezbywalną częścią tej troski było podarowanie naszym dzieciom kochających się rodziców – czyli miłość małżeńska moja i Mariolki była zawsze pierwotna wobec miłości do dzieci.

Ja jako ojciec „spinałem” całą tę rzeczywistość: aby wszystko funkcjonowało w harmonii, według priorytetów. Kluczowa była jedność między nami – w ogóle i w wychowaniu naszych pociech.

Od samego początku wiedzieliśmy, że chcemy wychować nasze pociechy na osoby o czystym, dobrym sercu, godne zaufania, prawe, pracowite. Fundamentem do tego miał być system wartości – a jego centrum żywa wiara chrześcijańska.

Sami już od czasu przed ślubem byliśmy gorąco zaangażowani w Ruch Oazowy oraz inne nurty odnowy Kościoła, więc nasze życie małżeńskie od początku koncentrowało się wokół świadomej wiary w Jezusa Chrystusa.

Tego samego pragnęliśmy dla naszych dzieci – i temu podporządkowywaliśmy nasze decyzje życiowe. Oczywiście nie chodziło nam o wprowadzenie dzieci a automatyzm religijny, ale o to, by zachwyciły się wspaniałym życiem w przyjaźni z Bogiem i same też zdecydowały się na tę drogę.

Jedną z naszych strategicznych decyzji życiowych było to, że nie będziemy naszych dzieci posyłać do placówek opiekuńczych zanim nie pójdą do szkoły. Mariolka była z nimi w domu, żyliśmy bardzo skromnie z jednej pensji, ale to była inwestycja w nasze dzieci. Mogły mieć radosne, beztroskie dzieciństwo, pełne twórczych atrakcji – w których wymyślaniu moja żona była niezmordowana.

Ja jako ojciec, stałem za tym w pełni i robiłem wszystko, aby Mariolka miała jak najlepsze warunki, by troszczyć się o dom i o dzieci. Doceniałem jej ciężką pracę i nigdy, przenigdy nie traktowałem, że ona „siedzi w domu z dziećmi”. Doceniałem jej ciężką pracę przy prowadzeniu domu i wychowaniu naszej trójki, byłem bardzo, bardzo wdzięczny i starałem się jej pomagać, kiedy tylko się dało.

Wiele modliliśmy się za dzieci, indywidualnie przedstawiając je Bogu. To była modlitwa systematyczna i zaplanowana – a nie tylko okazjonalna oraz wylewanie serca przed Bogiem – a nie tylko odmawianie modlitw w intencji dziecka. Modlitwa konkretna, ukierunkowana głównie na rozwój relacji dziecka z Bogiem.

Stałym elementem naszego życia domowego była pamięciowa nauka wersetów z Pisma Świętego. Dzieci widziały, że traktujemy Boga poważnie, że naprawdę żyjemy tym, co głosimy, że stosujemy Boże Słowo w życiu. Dbaliśmy też o to, aby miały właściwy obraz Boga – kochającego Ojca.

Rzecz jasna one przechodziły etapy rozwoju w wierze, od dziecięcej przez nastoletnią ku samodzielnej dorosłej.

Jednym z filarów było okazywanie dzieciom bezwarunkowej miłości: „Kocham Cię za to, że jesteś moim dzieckiem. Nie musisz zasłużyć na moją miłość, bo kocham Cię tylko za to, kim jesteś a nie za to, jaki jesteś”. Przy czym to wcale nie kłóciło się ze stawianiem wymagań i egzekwowaniem dyscypliny – byliśmy jak najdalsi od „rozpuszczania” dzieci.

Nasze plany i marzenia dotyczące dzieci się spełniły: obecnie są już 30+ i wszystkie żyją głęboką wiarą i są ludźmi godnymi zaufania. Jako ojciec jestem z nich bardzo dumny. 😊

Moją Mariolkę Bóg prawie 5 lat temu wezwał do wieczności – ale też zdążyła się tym nacieszyć.


Zdjęcie pochodzi z 2008 roku, zasoby własne Autora.

Może zainteresuje Cię również:

Biblia
Justyna Połom

Tożsamość króla

Właśnie razem ze wspólnotą skończyliśmy czytać 1. Księgę Samuela, która mówi o dwóch pierwszych królach rządzących Izraelem – Saulu i Dawidzie. To, na co szczególnie zwróciłam uwagę, to diametralna różnica w tym, na czym obaj budowali swoją tożsamość, jako królowie. Tak jak pisałam przy okazji Wielkanocy, dzięki śmierci Jezusa na krzyżu, zostaliśmy włączanie do królewskiej rodziny. Ale czy faktycznie budujemy swoją królewską tożsamość we właściwy sposób?

Czytaj całość »

Jesteś super!

Dziękujemy za zapis!
Proszę podaj tablet następnej osobie.